Na kiedy masz termin?

Mój termin porodu
Cześć, jestem kobietą i mogę urodzić w każdej chwili. Już od samego początku ciąży wszyscy pytali mnie o termin porodu. Teraz, kiedy „godzina zero” jeszcze nie wybiła, ale nieubłaganie się zbliża, to jedno pytanie słyszę już niemal codziennie. No… bo kiedy to będzie? A ja właściwie nie wiem.

W zainteresowaniu nie ma nic złego. To najprostsza forma zagajenia kobiety ciężarnej, poza pytaniami o płeć czy imię dziecka. Pytaj śmiało, też tak robię, pewnie robić będę. Może tylko spróbuję być trochę ostrożniejsza. Bo to nie jest taka prosta sprawa. A pojęcie „termin porodu” jest bardziej złożone niż myślicie.

Czym właściwie jest termin porodu?

To czas, w którym maluch prawdopodobnie będzie gotowy przyjść na świat. Prawdopodobnie, czyli nie na pewno. Jak się go szacuje? Na podstawie dwóch czynników. Możemy policzyć to samodzielnie, bazując na dacie ostatniej miesiączki (nie wiesz jak to zrobić? pomocny będzie termin: reguła Naegelego) lub oddać się w ręce lekarza, który skorzysta z naszej wiedzy oraz (przede wszystkim) z badania USG. Pewnie domyślacie się, że najlepiej jest, kiedy terminy się pokrywają lub chociaż są zbliżone, to wiele ułatwia!

Ale teraz uwaga. Data, zarówno ta „biologiczna”, jak i ta, określana przez lekarza, jest przede wszystkim założeniem. Nie jest pewna, ani szczególnie wiążąca. Przynajmniej nie w takim stopniu jak termin pierwszej prezentacji w nowej firmie czy rocznicy pierwszego pocałunku ślubu. O takich rzeczach wypada pamiętać. O terminie porodu, no, niekoniecznie. To się po prostu wydarzy. Prędzej czy później. I nie powinniśmy się tym za bardzo przejmować.

Mówi się, że w terminie porodu można być nawet do pięciu tygodni, od końca 37 do 42 tygodnia ciąży. Maluch ma wtedy czas na to, żeby pozbierać manatki, przemyśleć całe swoje dotychczasowe życie płodowe i powoli zacząć wypakowywać się na świat. W końcu wybiera się w podróż w nieznane. Też potrzebowałybyście trochę czasu. Podobno przebadane statystycznie pierworódki rodziły średnio… 8 dni po terminie (źródło: Mataja). Więc wiecie.

Mój termin porodu

Jestem w 39 tygodniu ciąży i ostatnio coraz częściej, zarówno bliżsi, jak i dalsi znajomi, oczekują ode mnie czegoś w rodzaju doprecyzowania. Tak jakbym wraz ze zbliżającym się rozwiązaniem, awansowała na kolejny poziom gry o nazwie „ciąża” i na bieżąco dostawała powiadomienia o stopniu rozwoju postaci. Znacie ten moment? Ten, kiedy nad Waszą głową pojawia się nowa ikonka, oznaczająca rosnące zaawansowanie, aż wreszcie zaczyna szalenie mienić się w ósmym, oktarynowym kolorze tęczy, wieszcząc pierwsze skurcze. Znacie? Ja też nie. A nie miałabym nic przeciwko!

Ostatnio znajoma zaczepiła mnie:
– Rozwiązanie już niedługo?
– Coraz bliżej, na dniach – odpowiadam.
– Ale to jakoś teraz już, nie?

Tak, teraz, teraz teraz, teraz zaraz albo teraz za tydzień. Bo chodzi o to, że ja właściwie już nie wiem. Mogę oczywiście zapętlić się jak pozytywka, powtarzając „mam nadzieję”. Bo mam. Ciąża jest świetnym doświadczeniem, ale z nią trochę jak z gośćmi. Cieszymy się na ich przyjazd, ekscytujemy wspólnie spędzonym czasem, robimy plany i zdobywamy nowe doświadczenia, ale na samym końcu, w ostatnich minutach odwiedzin, nie możemy się doczekać aż sobie pójdą. Tak jest, nie mówcie, że nie. I stojąc przy drzwiach wyjściowych, łapiemy za klamkę, krzycząc z ekscytacją „było cudnie, wpadnijcie jeszcze kiedyś!”. Z ciążą jest tak samo. Donosiliśmy, pora wychodzić.

***

O tym, czym jest ciąża donoszona i czym może być ciąża przenoszona już napisałam. Teraz idę poodbierać trochę telefonów i podopisywać na sms-y. Bo wiecie, od kiedy dotarliśmy do ostatniego miesiąca ciąży, każdy brak sygnału ode mnie jest brany za rozpoczęcie akcji porodowej. Wolę chyba teraz poświęcić trochę czasu na „bycie pod telefonem” niż później spędzać godziny na dementowaniu plotek. Też tak macie?

Sprawdź także

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *