Mamo, wracaj

Jak pokonać lęk separacyjny u niemowlaka

To wydarza się nagle. Nagle… Nie czujesz tej obecności, nie chłoniesz tej bliskości, nie widzisz tej jednej jedynej łagodnej buzi. Nagle wszystko, co ciepłe, znajome i dobre robi… puf! Robi się dziwnie. Ciemno, zimno. Znikasz. Jak się czujesz?

Lęk separacyjny to normalny etap w rozwoju dziecka – powtarzają wszyscy wszędzie. I nawet się z tym godzę. Godzę, czemu nie. Ale. Czy sobie z tym radzę? Ho ho, panie i panowie…

Lęk separacyjny u niemowlaka

Podobno pojawia się między siódmym a dwunastym miesiącem życia. U nas pojawił się już w trzecim. I w czwartym, i w piątym. I potem jeszcze chyba z tysiąc razy. Dlaczego?

– Co, mały znowu płacze? – zagaduje mama małej Jadzi.
(chyba mam to wypisane na twarzy)
– Tak, no tak, płacze… ale tak jakoś.
– Co?
– Głównie jak wychodzę. Wtedy płacze.
– Wychodzisz? Gdzie wychodzisz?
– Tak, wziąć prysznic czy coś – tłumaczę – ale…
– LĘK SEPARACYJNY! – przerywa mi nagle, wykrzykując z tryumfem.
– … ale – kontynuuję niezrażona – ale jak wracam i tylko mnie zobaczy, to przestaje.
– Lęk, lęk separacyjny. Jak nic.!
– On ma dopiero 3 miesiące…
– Lęk! Mówię Ci! Jadźka to ma!

Jadźka ma dwa lata. Więc ten. Ale! Prawda jest taka, że płaczu nigdy u nas nie brakowało. A jako rozsądna troskliwa kochająca matka, której już połowa włosów ze stresu wypadła, a drugą połowę dziecię mi wyrwało, zawsze starałam się znaleźć przyczynę płaczu. (To chyba była zbyt daleko posunięta metafora, nie mająca odzwierciedlenia w rzeczywistości. Tak naprawdę nie jestem łysa. Jeszcze.) Lęk brzmiał dobrze.

Szukając wyjaśnienia, uwierzyłam w lęk. Jak pokonać lęk separacyjny? U niemowlaka? Lęk pasował. I tylko w ten sposób potrafiłam wytłumaczyć wszelkie niewytłumaczalne histerie.

Nie wiedziałam, co mówię.

Lęk separacyjny u niemowlaka w 7 miesiącu życia

Tak więc skoro lęk separacyjny przerobiliśmy już z tysiąc razy, powinnam się na nim znać, nie? Nie. W ogóle. Wcale. Jejku, jak trudno.

Lęk separacyjny a lęk przed obcymi

Lęk separacyjny wiąże się tylko z dwiema kwestiami. AŻ z dwiemia, aż! Jakimi?

  • Z problemem znikającej mamy
  • Z problemem lęku przed obcymi

Czytałam, że lęk przed obcymi może pojawić się później niż sam lęk MAMOWY, wynikający z czystej od mamy “separacji”… i to dobra nowina. Mój berbeć jeszcze nie boi się zostać z mniej lub bardziej obcymi osobami, o ile tylko jest najedzony, szczęśliwy i wyprzytulany. Na razie boi się tylko zostać bez człowieków tak w ogóle, jakichkolwiek. BEZ CZŁOWIEKÓW.  Słyszycie to? Też bym się bała.

Ale tak, człowieków, jako takich, się nie boi. Innych, obcych, no, w ogóle.  Mógłby zostać z kimś na pięć minut. O ile ktoś by przyszedł. O ile ktoś chciałby zostać. Chętni?

Lęk separacyjny, niemowlak ucieka przed obcymi

Lęk separacyjny, czyli kiedy mama znika z pola widzenia

I o tym czytałam. O tej przerażającej chwili, kiedy mama, czyli główna baza jestestwa, główny ośrodek ciężkości, centrum wszechświata… znika z pola widzenia. Malec może trochę dać się ponieść emocjom w takiej chwili. Szczególnie jeśli nie wie, że mama wychodzi tylko na chwilę.

Powiedzenie „zaraz wracam” nic nie zmienia. On po prostu jeszcze nie jest w stanie tego zrozumieć. Bo skąd? Widzę mamę, to mama jest. Nie ma to nie ma. Rozpacz żal katastrofa. Proste, nie?

Kiedy lęk separacyjny zamienia Cię w kaczkę

W kaczą mamę konkretnie. Na pewno kojarzycie ten obrazek mamy-kaczki ze stadem małych dzidzi-kaczuszek, drepczących za nią krok w krok. To ja. Ta mama. To o mnie. Wszystko o mnie.

Mój kaczuszek jeszcze nie chodzi. Ledwo zaczął raczkować. Ale choć to dopiero początki, to już zasuwa, mimo wszystko, po trupach, klockach i do celu! Zasuwa z prędkością “mamo, zaraz cię złapię” na przemian z “nigdzie nie pójdziesz”, czasem tylko wrzucając bieg “dokąd to?!”.

Kiedy przez lęk separacyjny przestajesz korzystać z mebli

Nie wiem, czy wszystkie mamy tak mają, czy tylko ja. Jeśli tylko ja, chyba pora zastanowić się nad technikami wychowania, bo niewątpliwie coś robię źle. Otóż.

Uwielbiam miękkie przyjazne wnętrze mojego fotela, bardzo lubię, naprawdę. I lubię też przestronność naszej salonowej kanapy, jej giętkość i ciepło. Nawet krzesło biurowe nieraz mnie nęci i woła, takie szeptu szeptu wysyła, chodź, chodź – mówi po cichutku, tak, by nikt poza mną nie słyszał – chodź, przycupnij… I tak wołają mnie te moje kochane mebelki, tak mi tęsknotki wysyłają rzewne…tylko co z tego? Skoro i tak większość czasu spędzam na podłodze?Kiedy zaczyna się lęk separacyjny

Kiedy zaprzyjaźniasz się z podłogą odrobinę za bardzo

Tak, na podłodze. Ciągle ostatnio niezmiennie boleśnie i dotkliwie siedzę, siedzę i siedzę na tej podłodze, i to w tak zwanej Pozycji Niedoruszenia. Co to znaczy? A no tyle, że siedzę i ruszyć się nie mogę, że prędzej Titanic wypłynie i pośmiga dalej niż ja z tej podłogi wstanę, i że gdzieś bezkarnie pójdę, bo no nie, nie i koniec, nie ma szans.

Ręką/nogą/głową/stopą/łokciem/piętą nie mogę… Dzidziol na niej siedzi. Siedzi i się przytula. Ociera, wtula, obślinia, ociera znowu, w tej ślinie się wytacza, wtula i w kółko. A jeśli wstanę i się przemieszczę – to on za mną. Wszędzie mnie dorwie. Byle blisko. Byle macu macu. I pacu pacu. Byle bym była namacalna. Nienamacalne w końcu nie istnieje, a mama istnieć musi. Tak sobie myślę, że on sobie tak myśli, bo inaczej nie umiem tego wyjaśnić.

Matko swojego dziecka, jakim meblem jesteś?

Tak powinien się nazywać jakiś z tych marniutkich testów osobowości, które wszyscy znamy i które wszyscy widujemy, bo każdy ma jakiegoś znajomego, który się w takich testach lubuje. Także ten. Taki test. Jakim meblem jesteś?  Kto wie, może już istnieje.  Ja nie muszę robić testu. Już mówię.

Bywam kanapą, materacem, fotelem, krzesłem. Bywam regałem i lampą ogrodową. Słupem. Biurkiem. Stołem. Młody wdrapuje się, wspina, chwyta za co chwycić się uda, podciąga, opuszcza się, kula się i wtula od nowa. Bywam szafką. Albo pudłem. Kładzie na mnie zabawki, kładzie się na zabawki, kładzie na mnie wszystko, siebie na to wszystko… i leży. I wtula.

Kokosi i wtula. I  wtula od nowa. Maleńki nosek wciska mi się w brzuch w akcie nieposkromionej czułości. Potem chrumczy. Opiera się o mnie główką i jak mała spragniona miłości świnka przebiera kopytkami po posadzce.Tuli tul.

Od teraz zupełnie inaczej patrzę na powiedzenie “wiercić komuś dziurę w brzuchu” To miłość, proszę państwa. Czysta, niekontrolowana miłość!

Jakie to słodkie…

Słodkie. Ehe. Wiecie, że cukier szkodzi?

Tak więc słodkie – przez pierwszą godzinę. Niech będzie, przez pierwsze dwie. Po czterech zastanawiam się, w jaki sposób wyskoczyć do toalety. Kiedy się w końcu decyduję… krzyk, który rozdziera wcześniejszą sielankę, sprawia, że postanawiam mniej pić. Nie pijesz, nie wychodzisz – proste. I mówiłam o czterech godzinach. Mam tak od czterech dni. Wiecie ile to godzin?

No nie da się wyjść. Wstać. Obrócić. Odsunąć. Pełznąć. Nie da. Rozpaczliwy lament, wrzask i zgrzytanie zębów. Dwóch.

Czy to nadal lęk separacyjny?

Bo w sumie, sama nie wiem. Nie chodzi przecież tylko o to, że chcę wyjść z domu. Ba, nie chodzi już nawet o to, że chcę wyjść z pokoju. Mam całkiem skromne marzenia. Maluteńkie, naprawdę. Chcę wyjść do toalety. Albo skromniej. Usiąść w tym samym pokoju. Na fotelu. Z poduchą. W pojedynkę. To wszystko.

Czy to będzie jeszcze kiedykolwiek możliwe?

 

Sprawdź także

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *