Poranne wstawanie nie jest złe! Chyba że budzi Cię niemowlę

Niemowlę budzi mnie rano

O siódmej, o szóstej, a, zaszalejmy, o piątej rano! Czemu nie? Mamoooo wstawaj! Taaatooo, spóźnisz się do pracy! Weekend jest? Jeszcze lepiej! Mamoo, tato! Ej, Wy tam! Spóźnicie się, do mnie się spóźnicie! Mnieeeee! Tu jestem! Pac pac łapką, pac pac nóżką, pacpacpacpac! PACPAC!

Dobra, nasz pięciomiesięczniak (zawsze mam ochotę powiedzieć pięciomiesięcznik, jakby był jakimś bardzo poważnym szczytem do zdobycia) nie mówi tak płynnie. Wcale nie mówi. Chociaż! Komunikaty wysyła nad wyraz jasne. Rozumiemy się. Idealnie. I idealnie udajemy, że jest wprost przeciwnie. Dlaczego? Już wyjaśniam.

Mamo, wstawaj

Mój ulubiony komunikat. O świcie. Superświcie. Kiedy mroźne poranne powietrze nadal ciasno otula okna, a my po drugiej stronie w cieplutkiej pościeli przewracamy się beztrosko na lewy boczek… My. My dwoje. Bo ten trzeci. Hm.

Najpierw powoli, jak żółw ociężale… tak wierci się, wierci, marudzi ospale. Powoli już wzdycha, i kręci się, męci. I kopie, i kopie, i śpiewa, i jęczy. Znów wierci i wierci, marudzi i kręci.

(Tak. Tuwim Team. A co!)

Mamo, bardzo wstawaj

No, obudził się. Obudził. I nie da się tego nie zauważyć. I nie chodzi o to, że krzyczy. Bo nie krzyczy. Po prostu. Noga w uchu. Noga w brzuchu. W moim brzuchu. Pac. Kop kop. Pac pac. I tak długi, długi czas.Dziecko nie daje mi spać

I robi to codziennie. Ciągle. Zawzięcie. Jak ja, gdy chcę, żeby pan tata zrobił coś, cokolwiek, co nie mieści się w jego planie dnia, ale jest na pewno bardzo bardzo BARDZO ważne, albowiem to stwierdziłam ja, więc tak zapewne jest, chyba.

Czyli kiedy zrzędzę.
Boże, zrzędzę.
To już?

Młody robi to samo.

Mamo, wstałaś?

A gdy wreszcie, nareszcie, kompletnie się poddaję – i wstaję. Z mocnym postanowieniem, by ogarnąć tę wierzgającą i piszczącą mi do obślinionego już ucha rzeczywistość. By uspokoić to najsłodsze stworzenie, jakie widział świat, ogarnąć je, nakarmić, przewinąć czy co tam… dzieje się TO.

Właśnie wtedy. Kiedy już stoję. Na swoich dwóch własnych zrezygnowanych nogach, z parą otwartych już wtedy, zrezygnowanych oczu, zmaltretowana i (w końcu) obudzona…

Łóżko dla mnie (tzn. dla niego)!

Cisza. Się dzieje cisza.

Totalna. I spokój. Młody niby leży jak leżał, tylko teraz, tak jakby, no… spokojnie. Cicho. Zajmuje się sobą. Sobą! Swoją kołdrą, stopą, prawą stopą, lewą stopą, na zmianę, znowu prawą, potem ręką, zbłąkaną zabawką, znowu stopą, pieluszką, stopą… Dziecka nie ma.

Myślę sobie wtedy, że chce mi przekazać mniej więcej tyle: dzięki, że wstałaś, mamo! Lubię, kiedy mam całe łóżko tylko dla siebie!Moje łóżko mój poranek

Ale kiedy nie wstaję…

Bo czasem nie wstaję od razu. Bo długo nie wstaję. Bo dziś nie mam siły, chęci, jest weekend, młody nie marudzi AŻ tak bardzo albo nie marudzi wcale, albo akurat tylko (ha!) kopie, kopie, kopie, szturchnie, pacnie, zaśpiewa i znów kopie, pozostaje jedno wyjście. Pozostaje…

…ucieczka

Ale jaka ucieczka, panie! Wędrujemy po całym łóżku. Oboje. Obotroje czasem. Często. Można by na podstawie naszych wędrówek porannych planować całe trasy turystyczne. Dla rodzin z dziećmi, koniecznie! Nasz szlak nazywałby się: „Śladami śpiących nomadów”. I co roku organizowalibyśmy wyścig na skalę światową.

Jak wygląda poranna ucieczka?

Faza pierwsza. Ucieka tata. Na drugi koniec łóżka. Bardzo bardzo daleki koniec. Próbuje wtopić się w tło, ukryć tak, by młody go nie znalazł, a przy najmniej nie dosięgnął. Dosięga. Zawsze dosięga.

Swoją drogą. Nasz maluch od początku posiadł magiczną zdolność teleportacji. Niby nie chodzi, niby nie raczkuje – a zawsze potrafi znaleźć się we właściwym miejscu i czasie. W tym przypadku przy tacie. Robiąc pac pac. Pac rączką. Pac nóżką. Pac. Pobudka. PACPAC.

Faza druga. Tata ucieka, nadal. Tym razem w nogi. Nie, że okrzyk „w nogi!” i ucieka, tylko że w nogach się kładzie. W poprzek. Że niby wtedy go spryciarz nie znajdzie. Pikuś. Znajdzie. Trochę nóżkami, trochę dupką i już zsuwa się w dół łóżka, wprost w objęcia ojca, twardo udającego sen. PACPAC. Tato. PAC!

Faza trzecia. Tata z jednym okiem półotwartym chwyta bobasa w pół i szybko, niby przypadkiem, odkłada go z powrotem przy mamie (a niech ją kopie! ja tu śpię!). Sam wraca na dół, znowu kładąc się  w poprzek. Ja, znaczy mama, zwykle mam już dość.

Co robię? To samo co pierwszy uciekinier. Śmigam w nogi łóżka.

Sytuacja na froncie

I jesteśmy tutaj. Dwoje dorosłych ludzi wciśniętych w kąt w nogach łóżka, jak koty. Leżymy ciasno przytuleni do ściany, szafy i siebie nawzajem, mając nadzieję, że bobas nas nie znajdzie. A bobas w tym czasie…

Leży. Leży jak leżał, tylko teraz, tak jakby, no… spokojnie. Zajmuje się sobą. Sobą, swoją stopą (…) Tak, gdzieś to już słyszałam.

W końcu osiągnął to, o co tak naprawdę chodziło. O co chodzi zawsze.

Całe. Łóżko. Tylko. Dla siebie.

Sprawdź także

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *