Smoczku, wróć. Założenia kontra rzeczywistość – część I

Jak nauczyć dziecko ssania smoczka?

Mówiłam, że przyszła matka to matka idealna? To ja. Ta idealna. Matka, która naczytała się poradników i mądrych książek, która wiedziała o swoim dziecku wszystko, jeszcze zanim nauczyło się płakać, która miała wszystko zaplanowane, zorganizowane i dopięte na ostatni guzik. Właśnie. GUZIK. Guzik z tego wyszło. Bo potem… urodził się mój syn.

Będąc zaaferowaną przyszłą mamą, która na mózgi pozamieniała się z wielbłądem (i to nie do końca wydolnym wielbłądem), mogłam się trochę zapomnieć. Mocno zapomnieć. Stworzyłam plan obsługi potencjalnego noworodka. Mojego potencjalnego noworodka. A co.

Założenia obsługi noworodka

Już w 5 miesiącu ciąży wiedziałam, co będzie dobre dla mojego dziecka. Więcej. Wiedziałam, co pozwoli mu zasnąć, w jaki sposób będę go uspokajać, czego będzie lubił słuchać i jakie zapachy będą go drażnić. Wciąż jestem pod wrażeniem tej wiary we własne zdolności prorocze.

Poza tym, że zostałam niecertyfikowaną wróżką, opracowałam też strategie, których nie powstydziłby się najbardziej doświadczony generał na froncie wychowania, i to tuż przed ostatnim natarciem. Wszystko przygotowane. Dziecko na pozycje!  Kamera poszła. Akcja!

Na pierwszy ogień: smoczek.

Smoczek niemile widziany. Założenie pierwsze

Smoczek? Mowy nie ma – myślałam sobie. Myślałam też, że potrzebę ssania mojego pięknego dziecięcia w pełni zaspokoją moje piękne piersi, a reszta potoczy się sama w krainie mlekiem i mlekiem, i mlekiem płynącej. Smoczek to tylko kłopot. Zgryz może wyjść nie taki, oduczać trzeba, chować, ucinać, kombinować. Myślałam i myślałam.Mój syn nie chce smoczka

Założenia kontra rzeczywistość

Proszę, kruszyno, spróbuj, choć na chwilkę. Trzymaj, trzymaj, widzę, że chcesz. Nie wypluwaj. Chcesz?

(rozdarta buzia uskutecznia darcie)
(mama nad dziecięciem)
(tata nad dziecięciem)
(smoczki w gotowości)
(siup)
– Proszę
(pfff… wypadł)
– Proszę. Trzymaj
(pfffffuuuluuuu pff flu)
(podsuwając smoka blisko)
(pfff pff ffffflu)
(mama na granicy płaczu)
(tata na granicy mamy)
– Wiem , że tego chcesz. Wiem, że…
(pff…ff… zassał?)
(zassał!)
(serca nam urosły)
(aż prawie popękały)
(ale)
(PFFFF FFLU!)
(wypadł)

Nie, nie chciał.

Na początku to ja nie chciałam smoczka. Dla niego. Ale młody płakał. Zauważyłam też, że dzieci sąsiadów jakoś mniej płaczą. A mój przecież płakał dużo. Dużo dużo. Jak małe zawiedzione pisklę, które co rusz rozczarowuje się światem. Wmawiałam sobie, że maluchy są różne, taka natura, kolki i co tylko. On płacze, ja tulę, on płacze, ja tulę, on… Dlaczego inne bobasy siedzą cicho?

Potrzeba ssania

Potrzeba ssania. Kwestia, której nie przemyślałam. Która świadoma matka (czyli ta, która zapewne ma już jedno dziecko i nadal chciałaby pić ciepłą kawę), staje po stronie przeciwników smoczków, walczących ze smoczkami, antysmoczkowców?

No, która?

Od urodzenia do ssania

Bo potrzeba ssania… była. I to ogromna. Od pierwszych chwil, od pierwszego oddechu, usta mojego smyka układały się w dziubek, w dziubek idealny, najpiękniejszy, najbardziej dziubny wśród wszystkich dziubków, jakie widziałam. Wyglądał jak ślepe, ufne pisklę, czekające na cud – na cud, który leżał odizolowany, stęskniony, otumaniony i zmęczony, gdzieś tam, na innym piętrze. W sensie, na mnie. Tak sobie myślę, że w tamtej chwili, zaraz po urodzeniu, tylko o to mu chodziło.Smoczek – czy jest niezbędny?

Ponoć na sali noworodkowej, pełnej małych pomarszczonych stworków, tylko jedno dziecko na przemian darło się z tak prawdziwą pasją, dając sobie czasem chwilę na żarliwe dziobanie powietrza. Nieświadome. Namiętne. Uparte dziobanie. Relacja z pierwszej ręki. Ręka została pożarta. Prawie.

Kiedy o tym myślę, zdaję sobie sprawę, że mogłam wcześniej na to wpaść. Ale co by to zmieniło?

Dyduś, dydek, nuniuś, moniuś, nionio…

Nie przestałam szukać ratunku. Dla mojego darciucha, krzykacza, rozpaczowyjca. I trochę mi zajęło to odkrywanie sekretu. TEGO sekretu. Sekretu wszystkich szczęśliwych rodziców, których poza uśmiechem dziecka, uspokaja coś jeszcze…

Dzięki godzinom obserwacji, dzięki skrzętnemu podglądaniu rówieśników mojego syna na spacerach, dzięki regularnemu zapuszczaniu żurawia do obcych wózków – doznałam oświecenia. Żarówka, która wybuchła mi nad głową, mogłaby mocą odrzutu wysłać mnie w kosmos. Na lata. Ale nie mam tyle czasu.

Co odkryłam? Otóż. Maluchy mają mniej rozdarte buzie, kiedy te buzie są zatkane. Eureka.

Nasz romans ze smoczkiem

Mój syn (chyba pod wpływem szoku) za pierwszym razem zassał jak rasowy ssak. Jaką on miał minę! A jaką ja! Ależ to był przełom.Mój mały dzidziuś ze smoczkiem

W mieszkaniu zapadła niesamowita cisza, przerywana jedynie miarowym ciamkaniem. Nawet korniki wstrzymały prace w meblach sąsiadów, żeby sprawdzić czy to naprawdę działa. W uszach słyszałam, jak trybiki w mojej głowie pracują, jak tętni krew i  zębatki powoli ruszają z miejsca, dostosowując się do nowej sytuacji.

Och, biłam się w piersi z pokorą. Biłam się! Całe pół minuty! Bo choć przyznaję – myliłam się i cokolwiek sobie myślałam, myliłam się – smoczek to najlepsze, co…

Nasz krótki romans ze smoczkiem

Smoczek to najlepsze, co…
Wypluł.
… może wypluć…
Wypluł.
…moje dziecko.
Wypluł po stokroć.
Na odległość i na przełaj.
Wypluł.
Wypluł.
Pluuuu.

Jak nauczyć dziecko ssania smoczka?

Nie uczyć.

Nie, nie będziemy smarować smoczka miodem. Nie będziemy maczać smoczka w cukrze. Podwiązywać tetrową pieluszką ani trzymać do znudzenia. Nie ma żadnych sygnałów, wedle których smoczek byłby nam potrzebny. Poza płaczem. Łzami jak grochy. Żalem do losu, że jest nieunikniony.

Ale z tym radzimy sobie coraz lepiej.

Tak źle, tak jeszcze gorzej?

Istnieją dzieci bezsmoczkowe. Nasz jest tego przykładem. Nie z naszej inicjatywy nawet. Odczekaliśmy minimalny zalecany okres i legalnie zaproponowaliśmy mu smoka w chwili, kiedy już nie zaburzyłby odruchu ssania… I w porządku.

To, co mnie bawi, przeraża i dziwi, to moja pewność, z jaką podchodziłam do niektórych kwestii. Bo miałam plan, tak. Potem go zmieniłam, tak. Ale co z tego?

Dzieć niezależny dzieć bezsmoczkowy

Wątpię, by młody celowo i z czystej nieskrępowanej miłości do mnie, postanowił wypełnić uprzednie założenia mamusi. Wątpię też, by powodowała nim złośliwość (choć wyraz jego twarzy po tym, jak udało mu się smoczka wystrzelić, mógłby budzić wątpliwości).

Po prostu. Nie chce smoczka. Chyba, że chce. Chyba, że akurat przypadkiem tym razem zassie i ssie przez najbliższe pół minuty. Dobre pół minuty. I z jaką pasją! I wtedy sprawia wrażenie kogoś, kto chce, ale jednak tak ogólnie nie chce. Chyba, że… Szkoda zachodu.

A mówili. Uważaj, czego pragniesz!
No, spełniło się.
I co?

Apel do smoczka, który nie zaznał miłości

Smoczku, wróć.

Sprawdź także

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *