4 rzeczy, których syn nauczył mnie w 3 miesiące

Mama to automat doskonały

Mama. Idealnie zaprogramowana machina biologiczna, odpowiadająca za wszystko, wspierająca wszystko, pomocna we wszystkim i na wszystko gotowa. Gotuje, przytula, prasuje. Regularnie. Pociesza, pomaga, pierze. Karmi, dmucha i chucha. I śpiewa. I buja, buja, buja…

(spotkanie ze znajomymi)
(ja z wózkiem, bujam małego)
(rozmowa trwa)
(przez cały czas bujam wózkiem)
(rozmowa trwa)
– Mogę go wziąć na ręce? – pyta ktoś nieśmiało
– Pewnie, proszę, częstuj się
(mały na rękach zabawia towarzystwo)
(wszyscy się cieszą)
(rozmowa trwa)
(a ja…)
(przez cały czas bujam wózkiem)
(przez cały czas…)
(konsternacja)

Mój maluch skończył trzy miesiące (trzy i pół, niech będzie). To nie jest aż tak długi wycinek czasu w porównaniu do całego życia. Mojego życia. A jednak mojemu synowi udało się już mnie zaprogramować. Świetna robota informatycznego geniusza. Polecenia wklepane. Zakodowane. I nie do usunięcia. Na razie.

Powiecie, czysta biologia. Może. Część? Nie wszystko. I tak się dziwię. Mogę.

Przedstawiam 4 rzeczy, których nauczył mnie mój dzieciak (powinnam napisać: 4 rzeczy, w których wyszkolił/zaprogramował/wytresował), a które mogę robić stojąc na głowie, skacząc na jednej nodze, gotując i piorąc jednocześnie, śpiąca i nieprzytomna! Automat doskonały „mama” – edycja limitowana. A co!

Nie przestaję śpiewać

„Zachodźże słoneczko, skoro masz zachodzić…” śpiewam synkowi wieczorami. I porankami. W południe. Śpiewam, kiedy mały płacze, śpiewam, kiedy się cieszy i śpiewam, kiedy zmywam, nawet jeśli on mnie już nie słyszy. Bo jest z tatą. Na spacerze. Daleko stąd.

Lubię śpiewać, ale to już chyba przesada?

Na przykład, kiedy bujam

Kiedy bujam… to bujam. Na całego. Nie przestaję, nawet kiedy bujanie nie ma już sensu. I celu. Tak, bo bujanie zwykle ma cel. Tak naprawdę buja się po coś. Nie dla przyjemności własnej, zapewniam. Po co się to robi? Żeby uspokoić, ukoić, ukołysać do snu. Cokolwiek. Kiedy cel jest osiągnięty, bujanie można wyłączyć, dziecia odłożyć, wstać i zając się sobą. Sobą, tak.

Optymistka.
Marzycielka.

Jak jest naprawdę? Kiedy bujam dziecia w wózku, żeby mu pomóc zasnąć – po zaśnięciu bujam nadal. Kiedy bujam dziecia w wózku, a ktoś dziecia z wózka wyjmie – wózek bujam nadal. Aż do oprzytomnienia. A  niczego sobie mamy ten wózek. Osobiście i bardzo starannie go nie wybrałam. Do bujania jak znalazł. Oprzytomnienie czasem zajmuje dłuższą chwilę. Podobno to normalne.
Mama buja wózkiem

Kiedy bujam dziecia na piłce do ćwiczeń, tu się czasem udaje. Może dlatego, że wyjątkowo naszej piłki nie lubię i zwykle czekam z utęsknieniem, aż cel zostanie osiągnięty. Wtedy odkładam małego, zabieram się za swoje rzeczy i – tak, robię to – siadam na piłce, która stoi najbliżej i zaczynam się bujać. I nie wiem, naprawdę nie wiem, dlaczego jest mi znowu tak niewygodnie.

Mamy wyjątkowo nietrafiony egzemplarz. Mówię o piłce.

I to, że nie wiem, kiedy karmię…

…ale karmię. Regularnie. Idealnie. Najlepiej jak umiem. Tylko nie wiem kiedy. A najbardziej nie wiem nocą. Tak się po prostu zdarza, że czasem, często (prawie zawsze), nie wiem. Nie mam pojęcia, kiedy karmię, jak karmię, gdzie. Wiem tylko, że. Że karmię. To na pewno.

Na początku miałam plan (jak każda bezdzietna matka – w końcu matka przyszła to matka idealna). I plan idealny miałam. Karmienia w fotelu. W fotelu idealnym, zresztą. Wymarzonym.

Historię jego kupna, jego zdobycia, wyrwania z łap krwiożerczych tygrysów szwedzkich, mogłabym opisać w osobnym tekście, poświęcając temu całkiem sporo uwagi… ale nie. Plan. Wstawanie, karmienie (w fotelu!), koniec karmienia (w fotelu), dzieć do łóżeczka  (dostawki), matka do łóżka, łóża, w objęcia morfeusza albo chociaż męża, partnera, narzeczonego. Sami.

Przez pierwsze dwa miesiące wstawałam. Czas ekscytacji fotelem wtedy jeszcze nie minął, w końcu kupiłam go chwilę przed porodem, chciało mi się wstawać, chciało mi się siedzieć, ALE. Ale dzieć budził się coraz rzadziej. I rzadziej. I rzadziej. Im mniej karmień w nocy, tym mniejszy sens wstawać. Budzić się, wybudzać, podnosić, zwlekać – na jedno karmienie? I kiedy liczba karmień zmniejszyła się do jednego – dwóch, to… no, różnie bywało, różnie bywa. Różnie… Dobra, nie wstaję. Wciągam małego do łóżka i pozwalam mu się posilać przy szwedzkim stole. Więc je.

Bo przewijanie

Należy do tatusia. Przyznaję. W moim programie są jeszcze błędy i lagi, ale sobie radzimy.  Przewijanie jest najlepszym dowodem na to, że można coś robić po ciemku, na śpiąco i z zamkniętymi oczami, w pełni automatycznie. Bo jak inczej? Podnieś, połóż, uśmiech, rozepnij, wytrzyj, uśmiech, rozłóż, podłóż, podnieś, uśmiech, zapnij, zapnij, zapnij (niektóre ubranka mają naprawdę sporo napów). Uśmiech.

A, w nocy się nie uśmiecha do dzieci. Bo interakcja. Bo w nocy się śpi.
Weź się nie uśmiechnij.

***

Wiecie, że te automaty można łączyć? Próbowałam już śpiewać, bujać i karmić. Jednocześnie. I z powodzeniem!

Ciekawe, czego jeszcze mnie nauczy. Strach pomyśleć, że to dopiero trzy miesiące. Idę śpiewać. I niech ktoś buja, buja, buja…

 

 

 

Sprawdź także

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *