Co to właściwie jest „wychodne”? Jak robić to dobrze?

Matka ma wychodne

Odstawiona jak Roszpunka na przyjazd księcia i wolna jak Mustang z Dzikiej Doliny, ruszyłam na podbój świata.  Słońce świeciło, ulice cicho szumiały sobotą, a dziecko…

 Zrobiłam to. Wyszłam z domu.

Dobrze, zdarzało się to już wcześniej, ale dwa dni pod rząd? Czyste szaleństwo. Aż łezka kręci się w oku, kiedy myślę o dniu, w którym w ogóle wyszłam po raz pierwszy. Bez dziecka.

Mama ma wychodne – po raz pierwszy po porodzie

Wychodzę z domu… ale WYCHODZĘ tak, że gdybym miała skrzydła, skończyłabym jak Ikar. Albo jak skwarka. Wyfruwam. Frrrrr. W dresach, bez makijażu i w butach, które wyglądają, jakby chciały powiedzieć: „widać, że dawno nie widziałaś własnych stóp, o butach nie wspominając”. No nie widziałam. Raz, że ciąża, dwa, że potem to mi wózek zasłaniał.

Teraz (kiedy już czas jakiś minął i jestem mądrzejsza) wychodzę w szpilkach. Niskich, ale szpilkach. I w sukience. Nauczyłam się.

Pierwsze wrażenia

Wychodzę. Ze sobą biorę lekkość i świeżość. I torebkę. Na rzeczy. Na bzdury. Na wszystko. Dorzucam szminkę, do tej torebki znaczy, a przy okazji znajduję pieluchę. Wyrzucam. Nie, żartuję, pieluchy to cenny towar. Chowam gdzieś głęboko. Idę. Idę jakbym szła po złoto, po medal znaczy, jestem zwycięzcą, w końcu.

Wózek z wozu, babie lżej?

Wolność uderza. Stawiam kroki, podskakuję, tańczę. Macham rękami, bo mogę, bo mam wolne, bo nie trzymam wózka, dziecka, torby, pieluchy. Macham i zachowuję się zupełnie jak… pięciolatka. Z głową pustą jak skarbonka (której nie mam) (skarbonki, nie głowy) z tępym (natchnionym) wyrazem twarzy, idę.Mama na spacerze

Motylem na tafli jeziora jestem

Wącham wiatr. Myślę sobie, że to trochę zboczone, ale wącham dalej. Jakieś dziecko płacze. Moje ciało spina się samo, ale przypominam mu, że tu i że teraz, mam pięć lat i nie mam dziecka.

Pięciolatki nie mają dzieci.
Nie mają. No.
Nie.

Jak śliwka bez kompotu

Frunę sobie dalej, aż zauważam kałużę. Dużo kałuż. Chyba padało, bo kałuże leżą rozsiane po chodniku jakby nie miały dokąd pójść. Jedna z rzeczy niedozwolonych. Dorosłym. Wskakuję. Pięciolatki tak robią. Moje znoszone buty nie znoszą tego dobrze. Ha. Mokro. Trudno.

Pokonamy fale, a nawet schody

Schody! Wbiegam. Zbiegam. Wbiegam i zbiegam raz jeszcze. Po wszystkich, jakie znajdę po drodze. W górę i w dół. I w poprzek. Wbiegam, zbiegam i raz jeszcze. Dlaczego? Odkąd  mam wózek, odkąd zawsze jestem z wózkiem, odkąd niemal sama jestem wózkiem – schody są dla mnie jakimś okrutnym żartem cywilizacji, wyzwaniem, symbolem szczytu nie do zdobycia.

Namierzam, wbiegam. Zdobywam. Czuję z tego powodu jakąś chorą satysfakcję.

Cel

Docieram do celu. Bo nie myślcie sobie, że taka matka polka może sobie tak bez celu i powodu wyjść z domu (dobra, może!).

Wchodzę do sklepu. Wchodzę i oślepia mnie… no, wszystko. Ale o tym, jak wygląda relaks w markecie, napiszę kolejnym razem. Bo perspektywa matki naprawdę różni się od perspektywy człowieka, normalnego człowieka, który po prostu wyskoczył po chleb. Matki wiedzą, o czym mówię.

Sprawdź także

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *