Znowu ta zimna kawa…

Zimna kawa z małym dzieckiem

Macierzyństwo, zimna kawa, zimne memy i te sprawy. Norma? Chyba nie. Ale co ja tam wiem. Ja piję… dobra, piję zimną. Piję zimną. Bo lubię. Zimną, najzimniejszą, mrożoną. I polecam wszystkim sfrustrowanym.  

Mrożona kawa. Frappe. Pychota.

Napój, za który oddałabym ostatni kawałek sushi. Napój, który zawsze, ilekroć go piję, z tą samą gracją muska moje podniebienie, stymulując wszystkie zmysły. Także te, o których nie miałam pojęcia.

Napój, za który oddałabym rękę i pół królestwa, gdybym była księżniczką, którą na szczęście nie jestem, bo… no, tego nie wiem, mogłabym być, czemu nie.

Zimna kawa symbolem trudnego macierzyństwa

Szumu, tyle szumu. Wokół kawy. Śmieszki śmieszki, ale no, naprawdę, mateczki, pijecie te ostygnięte, zimne, zapomniane kawy? Zaprawdę powiadam Wam – sprawcie sobie termosy. Albo idźcie za mną. Poprowadzę Was. Na rajskie pola rozkoszy oblane frappe.Przepis na najlepsze frappe

Kawa symbolem każdego macierzyństwa

Ja rozumiem. Taki symbol, taki herb wytartego w pieluszkę macierzyństwa. Nie śpimy, nie jemy, nasze szczęście opijamy hektolitrami kawy. Ale

Kawa to relaks. Kawa to chwila dla siebie. Kawa to cichy samotny zachód słońca po ciężkim spłakanym dniu, cichy zachód na środku łąki, wśród śpiewu cykad, wśród szeptu traw.

RE-LAKS.

Pijcie ją dobrą. Tę kawę. Najlepszą pijcie, no żesz.

Mnie kawa nie dotyka

Mówię to jako mama całkiem absorbującego hajnida (ang. high need baby). Mnie kawa nie dotyka. Ten problem. A normalnie dotyka mnie wiele. Na co dzień przyjmuję na swoją karmiącą klatę całkiem sporo. Ale nie kawę. Bo kawa… Kawa musi być taka, jak sobie wymarzę. Z kawowej abstynentki przeistoczyłam się w smakosza. Dlaczego?Poranna kawa czy zimna kawa

Tak jakoś. Pewnie trochę przez solidarność matek, trochę przez instagram, trochę przez zespół popunkcyjny (nie  polecam). Tak czy siak, odkąd zostałam mamą, zaczęłam pić kawę. Na poważnie.

Swoją drogą, instagram… Ktoś musi te wszystkie kawy, przygotowane specjalnie do zdjęć, wypijać. Nie? Czekajcie na wpis „odkąd założyłam konto na instagramie, uzależniłam się od kawy”. Nie, nieprawda. Choć miałoby to sens. Nie. Nie?

Frappe – kawa doskonała

Ja wiem, że kawa rozpuszczalna to zło. No trudno. Miłość nie wybiera. Kawę mrożoną poznałam późno, naprawdę późno, bo w tym roku (ba! tego lata!) piłam ją dopiero po raz pierwszy. I po raz drugi, trzeci… osiemnasty. Miłość jest ślepa.

Wcześniej, przed mrożoną, ciepłą kawę też piłam. Tak, ciepłą. I to bez termosu. Przy hajnidzie. Szach mat?

Mnie kawa nie pobudza

Wiemy, macierzyństwo. Nie ma lekko – prawda ­– tym bardziej, że mnie kawa nie pobudza. A bardzo bym chciała. Ale z drugiej strony, mogę ją pić właśnie tak, jak chcę. Kiedy chcę. Kiedy mogę. I tylko po to, żeby była pyszna.

Zimna kawa to mrożona kawa

Przepis na najlepsze frappe w mieście

1 przyjezdna babcia (przydaje się)
2 godziny ciszy (opcjonalnie)
1 szklanka z fikuśną słomką (koniecznie)
1 balkon, szczypta drzew
Kawa, mleko i te sprawy

Najlepiej smakuje pita w kapeluszu (Ty w kapeluszu, nie kawa – to głupi pomysł), w ogrodzie lub na balkonie, w towarzystwie siebie samej. Lub w kawiarni. Jeśli to Cię przerasta (a zapewne tak jest), znajdź zamknięte pomieszczenie (może być łazienka) i parę słuchawek. Na uszach. Z morską bryzą czy czym tam chcesz.

Frappe – moja miłość

Kawa. Mrożona kawa. Czasem atakuje od razu, a czasem dyskretnie, niby przypadkiem, sunie po języku, by przewrócić w głowie i zaczarować rzeczywistość. Kiedy piję mrożoną kawę, przestaje istnieć świat.

Kiedy umrę, zamienię się w mrożoną kawę. I przez tydzień będę padała z deszczem.

Sprawdź także

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *